Majorka – największa hiszpańska wyspa dryfująca nieruchomo po Morzu Śródziemnym, bliska koleżanka imprezowej Ibizy. Mekka turystów wszelkiej maści – tych ciepłolubnych, górskich łazików, fanów smażingu i plażingu oraz szukających nocnych wrażeń. Czego my szukaliśmy? Malowniczych widoków, wąskich uliczek, palm, morza, piasku, gór… no i przede wszystkim jedzenia.

9

O kulturze, architekturze i top 10 atrakcji turystycznych pisać nie będziemy, to nie ten blog. Za to warto wspomnieć, że do niedawna była to biedna wysepka, którą turyści przekształcili w prawdziwą żyłę złota…i to w sumie dobry wstęp do jedzeniowego wątku tego wpisu.

11

95% wczasowiczów trafiających na wyspę jada w restauracjach włoskich, europejskich, wschodnich czy pod złotymi łukami. Powód jest prosty – kuchnia tubylców zdecydowanie nie zachwyca. Majorka była niegdyś wyspą biedaków, z silnym nurtem nie tyle hiszpańskim a katalońskim, więc w oryginalnym menu znaleźlibyśmy płucka, kiełbasy, wątróbki, podroby, a w kubku do picia zamiast wybornego chateau bernadotte czekałyby zlewki z dnia poprzedniego. Oczywiście to grubonośna wizja sprzed dobrych dziesiątek lat, ale do dziś rodowici majorkini stołują się w miejsach do których żadne z Was (ani nas) by nie weszło.

A co mimo wszytko wypadałoby spróbować? Przede wszystkim tapas, świeżych owoców morza, ryb, katalońskiego pa amb oil (pieczywo z oliwą), dojrzałych, soczystych, jędrnych owoców (te rosnące na drzewach kusza najbardziej!) i paelli. Polecamy też spacer na jeden z  wielu targów rybnych lub też duży targ odbywający się w Sóller, gdzie można kupić lokalne słodycze, oliwki czy słynny, majorkański zielony likier.

10.jpg

Pierwszego dnia trafiliśmy do ładnej, estetycznej restauracji z kuchnią włoską, ponieważ w okolicy nic typowo hiszpańskiego nie widzieliśmy (albo nie chcieliśmy widzieć). W L’Artista Pizzeria Napoletana zamówiliśmy pizzę oraz sałatkę (łącznie 26 euro). Nie rozpisując się zbytnio – pizza była genialna! Cienkie, pyszne ciasto, wspaniały sos pomidorowy, ciągnąca mozzarella. Pycha.

1s.jpg

Sałatka z kolei podana została w pizzowym chlebku, co wyglądało naprawdę świetnie i była wypełniona świeżymi składnikami: pomidorkami koktajlowymi, sałatą oraz soczystym mango. Głównym bohaterem dania z kolei był niestety lekko przesolony kurczak w tempurze, a całość skropiona była sosem słodko-kwaśnym (niczym TaoTao). Sałatka miała potencjał i wygląd, lecz coś poszło nie tak z wykonaniem.

6.jpg

Co jeszcze o lokalu? Przede wszystkim obsługa. Kelner uśmiechnięty od ucha do ucha zgrabnie serwujący dania, przyodziany w wachlarz rad, niestrudzony setką pytań i tryskający hiszpańską gościnnością – i to właśnie za to kochamy południowców.

Następnie postawiliśmy na owoce morza w La Parada del Mar. Od wejścia w oczy rzuca się lodowa lada, po której spaceruje krab, a cała reszta sprawia wrażenie jakby dopiero co została wyciągnięta z kutra. Cała filozofia tej restauracji polegała na wybraniu żyjątka, które chcemy zjeść, a następnie kuchnia robiła już z nim co chciała.

7.jpg

Zamówiliśmy „8 talerzy” x 2 (razem 50 euro) dając kucharzowi puścić woli fantazji. Na przystawkę otrzymaliśmy pieczywko z masłem czosnkowym (omnomonom), a chwilę później do stołu dotarły sałatki, navajas (małże brzytwy), papryczki pimientos de padron, chipiron (małe kalmary) i sardele.

8.jpg

Navajas jedliśmy pierwszy raz w życiu i mimo tego, że nie kryły w sobie dużo mięsa to naprawdę były pyszne. Panierowane małe kalmary skradły nasze serce, sardele na plus, a papryczki, chociaż ociekające tłuszczem, szybko zniknęły z talerza.

4S

Następnie powitaliśmy mule, krewetki, kalmary i ośmiorniczki. Mule przyrządzone standardowo – na masełku, z winem. Ale to nie jest ten polski standard dania, o nie. Było czuć tę różnice, że te małe zwierzątka są dorodne, niemrożone, o intensywnym kolorze skorupy, złapane tu przed chwilą i przyrządzone zaraz później przez kucharza. Tego smaku nie oszuka żaden „chef”.

3.jpg

To samo tyczy się krewetek. Czy widzicie jak duże są te bestie? No i mięso pierwsza klasa! Oprócz tego perfekcyjnie przyrządzone kalmary (co jest niezwykle rzadką anomalią) i ośmiorniczki, które kryły się gdzieś pomiędzy nimi okazały się być naszym TOP 1.

2aas.jpg

Jako, że zamówiliśmy podwójną porcję dostaliśmy od restauracji deser i wino. Czekoladowe brownie, lody waniliowe, bita śmietana – jak na lokal serwujący tylko owoce morza wypadli całkiem nieźle także w kwestii deserowej.

12.jpg

Ostatnim miejscem w którym jedliśmy (nie licząc setki lodziarni) było Restaurante Es Racó Des Port w Sóller. Przechadzając się obok tego lokalu zobaczyliśmy paelle, która musieliśmy, no po prostu MUSIELIŚMY zjeść. Porcja była ogromna (oczywiście pochłoneliśmy wszystko) i kosztowała 28 euro. Do tego na przystawkę dostaliśmy pa amb oil  a do picia zamówiliśmy sangrię (dzban 8 euro).

13.jpg

I tu mała przestroga dla Was – w większości restauracji cena paelli podawana jest od osoby, a zamówienie realizowane jest dla co najmniej dwóch, tak więc cenę zawsze liczymy razy ilość osób.

A co do naszej paelli – była wyśmienita, z pierwszorzędnymi owocami morza i podana na ogromnej patelni. Oczywiście dobrze ugotowany ryż, spora ilość mięsa i dodatków. No pysznie! Do tego sangria zniknęła w przerażająco szybkim tempie…

palmy.jpg

Szybkie podsumowanie, bo i tak rozpisaliśmy się aż za dość (jak dotarliście do tego momentu to jesteśmy w głębokim podziwie i zbijamy pione!). Majorka to miejsce, które trzeba co najmniej raz w życiu odwiedzić – dla tych nieziemskich widoków, miłych ludzi i naprawdę genialnego jedzenia. Co trzeba spróbować już wiecie, tak więc życzymy miłego lotu! 🙂